20110415

sanatoria: ciechocinek

img293

Untitled

DSC_0448

img028



img024


Ciechocinek

Ciechocinek, na pierwszy rzut oka, wydaje się być miasteczkiem, którego najlepsze lata już minęły. Każdy napotkany przez nas kuracjusz co najmniej raz westchnął z bólem w głosie: „Kiedyś tu było lepiej”. Kiedyś były dywany kwiatowe, grzyb, baseny najpiękniejsze w Europie, kiedyś kawiarenki tętniły życiem i po rozrywkę przyjeżdżali tu ludzie w każdym wieku.

Dziś ciągnące się kilometrami tężnie stanowią widok przygnębiający – szaro, buro, smutno. Otaczające je pola z niekończącą się ilością krecich kopców i połamanymi ławkami, zwłaszcza w okresie przedwiośnia przywołują na myśl obrazy z „Rozdzióbią nas kruki, wrony”.

Wzdłuż deptaków smutni handlarze sprzedają dobra narodowe właściwe najróżniejszym zakątkom kraju - od morza do Tatr: oscypki, skarpety z owczej wełny, bursztyny, sole we wszystkich kolorach tęczy, sztuczne wodospady, wypchane zwierzęta, pocztówki.

Przytłoczone przydługim spacerem, z płucami wypełnionymi zeszłorocznym jodem, o godzinie 15 udałyśmy się do restauracji „Europa Zdrojowa”, aby podtrzymać ulatujące z nas życie mocną kawą po turecku, czyli po polsku.

Zastygłyśmy w pozycjach półleżących, tracąc już zupełnie nadzieję, że cokolwiek tego dnia się jeszcze wydarzy, aż tu nagle na scenę usytuowaną pod główną ścianą restauracji wkracza trzyosobowy zespół: wokalista i keybordzista w jednym, gitarzysta i saksofonista z piosenką „Do zakochania jeden krok”. W tym samym momencie czujemy wyraźny ruch na sali: trzech siedzących przy wspólnym stoliku panów przeczesuje pożyczki i rwie do przodu do stolika czterech pań. Panie ubrane w stroje popołudniowe: błyszczące dżinsy, świecące bluzki z dekoltami i obowiązkowa pantera na butach i torebkach. No i trwała z krótkich włosów, koniecznie blond.

Tańce, hulanki, swawole, atmosfera niemalże przedzawałowa. Godzina 2 w nocy o 17 po południu czyli fajf taneczny w Ciechocinku. Orkiestra gra ostatnią piosenkę. Następuje wymiana numerów telefonów – panowie proszę panie, bo przecież trzeba ustawić się na wieczorny dancing.

A tam, na dancingu w restauracji Bristol, nazywanej przez tubylców „Stodoła”, miałyśmy przekonać się, co to naprawdę znaczy wirujący seks.

Godzina 18.30. Pan bileter na wejściu zaznacza, że zdecydowanie zaniżamy średnią wieku i zadaje pytanie czy wolimy stolik oddzielny, czy z samotnym panem. Wybieramy samotnego pana i lądujemy przy stoliku nr 8. Zespół wykonuje utwór „Ja mam 60 lat, ty masz 60 lat, przed nami siódme niebo”.

U samotnego pana wywołałyśmy stan przedzawałowy, chociaż jedynymi elementami wyróżniającymi nas spośród zebranych na sali pań, były młody wiek i niestosowny strój. Trampki, koszulki i dżinsy zdecydowanie nie przyciągały męskich spojrzeń,
zwłaszcza w gąszczu ociekających złotem, srebrem, cekinami i brokatem kobiet-
dyskotekowych kul, gotowych tej nocy na wszystko.

Od razu zaznaczyłyśmy miłym panom, że obydwie kulejemy na jedną nogę i podrygiwać możemy jedynie w zbiorowym kółeczku.
Nie zraża to pana Stefana, który wielokrotnie próbuje zachęcić raz jedną, raz drugą do tańca w parze.
- Panie Stefanie, hola hola, co to panu tam tak błyszczy na palcu? Żona w domu, a pan podrywa młode dziewczyny?
- A nie, to tylko sygnet, żona nie żyje od 15 lat.

Uwieńczeniem zabawy, która w wielki post kończy się o północy zamiast, jak zwykle, o drugiej nad ranem, była nauka tańca sanatoryjnego:
- Biodro do biodra, biodro pani na pełnym luzie podąża za ruchem biodra pana…

…oraz występ na scenie amfiteatru na tyłach restauracji Bristol. Pan tancerz sanatoryjny okazał się jednocześnie śpiewakiem prawie operowym, dorównującym zapałem samemu Kiepurze.
Wskoczył na scenę i zaprezentował nam pokaźny repertuar: Brunetki, blondynki, Francuz z bagietką, Francuz z golarką, Heja hej - my kawalerowie.
Podczas wykonywania utworu numer dwa, ni stąd ni zowąd, z tyłu, w tle sceny rozbłysły wszystkie światła.
- To pan Rysiek spać nie może.
- Ja mu tu czasem światła zapalę, jak po pijaku przychodzi pośpiewać – mówi znajomy śpiewaka, który najwyraźniej sypia w miejscu pracy.


Wszystko, co kiedykolwiek słyszeliście o Ciechocinku, to prawda.

tekst i fot. Zwykłe Życie

12 komentarzy:

  1. Anonimowy4/15/2011

    Świetne!

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy4/15/2011

    oj tam to sie dzieje!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy4/15/2011

    Kasia:: wspaniale, czy to już koniec cyklu? chcę jeszcze!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy4/18/2011

    haha, dobre!

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy4/20/2011

    czy to już koniec Ciechocinka, jakie sanatorium następne? b.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy5/10/2011

    Inowrocław!

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo ciekawe miejsce. Z pewnościa patrzenie na zegarek nie było tam potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
  8. oj ciekawe, ciekawe... nawet nie wiecie jak ciekawe ! W restauracji zdrojowa to nawet dochodzi do rękoczynów przez właścicieli ! Jak coś im się nie podoba to pewna młoda pani - właścicielka - ludziom po twarzy daje !!! Czedoś takiego to jak żyję nie widziałem ! Szok !!!

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy9/22/2015

    Aleks masz racje właściciele to kompletna pomyłka czysty PRL

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie przypinajcie Ciechocinkowi jednej łatki. Są tam też fajne miejsca.
    W odrestaurowanym Pałacu Łazienki II można poczuć ducha przedwojennego Ciechocinka - takiego z klasą, dla prawdziwych dam i gentemenów. Sprawdzicie to miejsce koniecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Serdecznie zapraszam do zapoznania się z ofertą Sanatorium "Pałac na wodzie" Falkowski w Augustowie! Jest to również budynek położony w malowniczym zakątku Augustowa w sąsiedztwie rzeki Netty z dala od ulic miasta. :)
    http://www.sanatorium-augustow-palac.pl/

    OdpowiedzUsuń